Blog Dariusza Lipińskiego

Rowerem do Santiago (14): León – Hospital de Órbigo – Astorga – Santa Colomba de Somoza – Rabanal del Camino – Foncebadón – Cruz de Ferro – Ponferrada (111,19 km)

leave a comment »

Spośród leżących na Szlaku miast te większe frustrują mnie, by tak rzec, turystycznie: nie mamy możliwości nie tylko dokładnego ich zwiedzenia, ale nawet zawarcia pobieżnej znajomości. Nie da się, nie ma czasu. Średnio spędzamy na rowerze 5-7 godzin dziennie netto czyli czystej jazdy, do tego dochodzą przerwy na posiłki,  wprowadzenie i wyprowadzenie się z hotelu, każde niezaplanowane (jak wczorajsza „guma” Tomka) zdarzenie też pożera mnóstwo czasu, do tego – przynajmniej w moim przypadku – dochodzi kumulujące się zmęczenie fizyczne (było nie było, za kilka dni skończę 61 lat), które przejawia się choćby tym, że potrzebuję z godzinę snu więcej niż na początku naszej wyprawy. Wszystkie te czynniki sprawiają, że przez Pampelunę właściwie tylko przelecieliśmy, w León widzieliśmy tylko bazylikę San Isidorio, w Ponferradzie obejrzymy tylko słynny zamek templariuszy i właściwie jedynie w Burgos mieliśmy trochę więcej czasu na pospacerowanie po mieście. Mam więc uczucie sporego turystycznego niedosytu. Na szczęście, dla równowagi, czuję się „zaprzyjaźniony” z małymi miasteczkami leżącym wzdłuż Camino; niby mają ze sobą wiele wspólnego, ale każde z nich – Puente la Reina, Santo Domingo de la Calzada czy Carrión de los Condes – jest inne, niepowtarzalne i pełne własnego uroku.

Lecz nie ma co narzekać na niedosyt turystyczny, naszym najważniejszym celem nie jest przecież zwiedzanie, lecz dotarcie do Santiago de Compostela. Wyjeżdżamy więc z León, a wyjazd ten jest trudniejszy niż dwa dni wcześniej z trochę większego Burgos: oznakowanie wyjazdu jest gorsze, a i kierowcy samochodów wydają się bardziej niebezpieczni dla otoczenia. Pierwszy postój robimy w Hospital de Órbigo, w knajpie przy słynnym moście, na którym w roku 1434 rycerz Suero de Quiñones przez trzydzieści dni toczył pojedynki o zaszczyt bycia najważniejszym obrońcą Szlaku Świętego Jakuba. W odróżnieniu od  niektórych innych faktów dotyczących Camino, Paulo Coelho w „Pielgrzymie” opisał tę historię dość dokładnie: (…) szlachetni rycerze postanowili otoczyć pielgrzymów opieką i każdy zobowiązał się strzec odcinka Szlaku. (…) Wkrótce zaczęli toczyć spory, kto jest najważniejszym stróżem i walczyć ze sobą, a bandyci znów bezkarnie grasowali po drogach. Działo się tak bardzo długo,  aż do chwili,  gdy w roku 1434 szlachcic z miasta León rozkochał się w pięknej damie. Nazywał się Suero de Quiñones, był  bogaty i potężny.  (…) Lecz dama odrzuciła jego względy. Poprzysiągł  sobie, że dokona czynu tak wielkiego, by pannica na zawsze zapamiętała jego imię. Skrzyknął 10 przyjaciół,  osiadł  w Hospital de Órbigo i rozpuścił wieść, iż gotów jest pozostać tu 30 dni i skruszyć 300 kopii, aby dowieść, że jemu należy się sława największego siłacza i śmiałka pośród rycerzy Szlaku. Pojedynki staczano zawsze na moście,  aby nikt nie mógł umknąć. Po wygranych pojedynkach – o czym Coelho już nie pisze –  don Suero udał się z pielgrzymką do Santiago, gdzie złożył pierścionek i błękitną wstążkę,  które symbolizowały jego miłość do damy, wraz z pismem, które to potwierdzało.

Aby  dotrzeć do Astorgi trzeba podjechać w górę. My skracamy sobie drogę wspinając się na kładkę kolejową, a później wnosząc nasze ciężkie rowery po schodach prowadzących do centrum miasta. Ja chcę przede wszystkim zobaczyć pałac biskupi. Od pewnego czasu coraz bardziej interesuje mnie postać genialnego katalońskiego architekta-modernisty Antoniego Gaudíego, ale jego twórczość znam tylko z obrazków. Nie byłem w Katalonii, a niemal wszystkie jego dzieła znajdują się właśnie tam. Pałac biskupi w Astordze jest jednym z trzech wyjątków. Obok niego znajduje się katedra Najświętszej Marii Panny, zbudowana w XI wieku, później wielokrotnie przerabiana. Kilkaset metrów dalej można obejrzeć interesujący i ładny ratusz ukończony na początku XVIII wieku. Piękna jest Astorga, ale musimy jechać dalej.

Odcinek Camino między Astorgą a Ponferradą zapamiętam jako jeden z najtrudniejszych (strome górskie podjazdy i narastający upał), choć jednocześnie najciekawszych. Robimy przerwę w Santa Colomba de Somoza. Wioska wygląda tak, jak byśmy byli tam tylko w trójkę: Tomek, ja i oberżysta wyglądający jak Gene Hackmann. Po raz pierwszy robię użytek z ciężkiej, grubej bluzy, którą nie wiadomo (dotychczas) dlaczego tachałem przez pół Europy. Teraz przydaje się jako materac: rozpościeram ją nieopodal jakichś drzwi od stodoły i funduję sobie 20 minut drzemki. Gene Hackmann jest towarzyski, namawia nas na posiłek, przekonuje, że jego danie, które nazywa po prostu carne y patatas, mięso i ziemniaki (a które jest czymś w rodzaju gulaszu zrobionego z tych dwóch składników) – pomoże nam przemierzać Camino. Istotnie, jest smaczne i pożywne. Stopniowo wioska ożywia się, pojawiają się jacyś koledzy Gene’a Hackmanna, a my, trochę wypoczęci, ruszamy dalej.

W Rabanal del Camino oglądamy ładny, stary kościółek, (otwarty!), a kilka kilometrów dalej pierwszy z kilku spotkanych tego dnia przydrożnych krzyży. Miguel Angel Rocino Rios z Buenos Aires miał 67 lat,  zmarł 13 listopada 2000. Bardzo mnie to porusza, wieczny odpoczynek… Kolejny krzyż ma napis w nieznanym mi języku, wyglądającym na fiński lub estoński (???), przy kolejnym już się nie zatrzymujemy. Tak, Camino to nie wycieczka z biurem turystycznym i wykupionym ubezpieczeniem od nieszczęśliwych wypadków.

Foncebadón to miejsce, w którym narrator „Pielgrzyma” Coelho ostatecznie pokonał i wpuścił w ziemię demona o imieniu Legion. Nie wygląda na wymarłe, jest jakieś albergue, jacyś pielgrzymi, ale nas goni czas, groźba zbliżającego się wieczoru. Kilka kilometrów dalej zwyczajem pielgrzymów dorzucam kamyk do kopczyka usypywanego u stóp Cruz de Ferro, ustawionego tu ku czci Merkurego krzyża jeszcze z czasów rzymskich. A potem dziki zjazd do Ponferrady, zachodzące słońce bije prosto w oczy, przez 30 kilometrów uciekamy w dół przed nadciągającym zmrokiem, mijamy zatykające dech w piersiach widoki, których nie da się już sfotografować (bo za ciemno), złorzeczę historycznym brukom i rynsztokom wioski El Acebo, które spowalniają naszą ucieczkę z gór. Wreszcie po ciemku docieramy do Ponferrady.

Reklamy

Written by Dariusz Lipiński

30/07/2016 @ 07:28

Napisane w Bez kategorii

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: