Blog Dariusza Lipińskiego

Rowerem do Santiago (11): Santo Domingo de la Calzada – Belorado – Burgos (68,86 km)

leave a comment »


Paradores nacionales, takie jak ten w Santo Domingo de la Calzada, to rozpowszechniony w Hiszpanii typ luksusowych hoteli, mieszczących się w zabytkowym budynku, zamku czy klasztorze. Takie zjawisko zsekularyzowania obiektów, niegdyś o przeznaczeniu religijnym, nie cieszy mnie, ale i nie oburza. Uważam, że lepiej, by te historyczne budynkipracowały na siebie” niż – z braku gospodarza –  miałyby popadać w ruinę. O wiele bardziej zszokował mnie problem samego użytkowania katedry w Santo Domingo de la Calzada (XII w.). Jest niedziela – godzina dziewiąta rano – i okazuje się, że do katedry można wejść dopiero po kupieniu biletu za 4€ (pielgrzymi – 3€). – Jak to – dziwię się – nie ma mszy w niedzielę? Okazuje się, że jest, o trzynastej, więc pomiędzy dwunastą a czternastą zamykają kasę biletową, muzeum na dwie godziny staje się znów kościołem, ale w innym czasie nie ma możliwości by wejść i – na przykład – pomodlić się. Ejże, czy ja aby nie zlokalizowałem ważnego źródła kryzysu religijności w Hiszpanii? Skoro tutejsze władze kościelne pozwalają na tak jawne czynienie z domu modlitwy jaskinii zbójców (Łk 19, 46)? Na szczęście problem mszy udaje się rozwiązać w innym miejscu (nie możemy czekać do trzynastej), ale za zbadanie czy w katedrze mieszka żywy kogut przychodzi zapłacić 3 euro.

Z tym kogutem było tak. Pewien młodzieniec został niewinnie oskarżony o kradzież i skazany na śmierć. Sędzia, do którego odwołał się od tego wyroku, jadł akurat obiad. – Prędzej ten kogut, którego mam na talerzu, odfrunie, niż ty okażesz się niewinny – powiedział i w tej samej chwili kogut na talerzu ożył i odfrunął. Historia ta ma wiele wersji,  według jednej z nich młodzieniec miał być Niemcem o imieniu Hugonello (czego hiszpańska wikipedia nie potwierdza), według innych chłopca uratowała cudowna interwencja św. Dominika Garcíi. W każdym razie na pamiątkę zdarzenia w katedrze od tego czasu mieszka kogut, nawet z kurą. Jeśli na widok wchodzącego pielgrzyma zapieje, pielgrzym szczęśliwie dotrze do Santiago. Ja miałem pewien problem z interpretacją zachowania koguta, bowiem w czasie, gdy go oglądałem (za trzy euro), kogut milczał jak zaklęty. Na szczęście przypomniałem sobie, że rano, kiedy przyszedłem na mszę i stanąłem pod zamkniętymi drzwiami katedry, kogut darł się tak, że było go słychać na ulicy. I to jego zachowanie przyjmuję za miarodajne. 🙂

Nazwa miasteczka wywodzi się od wspomnianego już, żyjącego w XI wieku, św. Dominika Garcíi, patrona pielgrzymów do Composteli, dobrodzieja Szlaku Świętego Jakuba, który wybudował m.in. most na rzece Oja, kościół, szpital i dom noclegowy. Został pochowany w Santo Domingo de la Calzada. Miasteczko piękne, centrum jakby przeniesione ze średniowiecza, ale trzeba jechać dalej.

Ruszamy około południa, etap jest łatwiejszy od poprzednich, bo mniej górzysty (choć sześcioprocentowy, ciągnący się przez trzy kilometry podjazd tuż za Villafranca Montes de Oca daje nam w kość), tyle tylko że wraca upał łagodzony silnymi (i niebezpiecznymi) podmuchami chłodnego wiatru. Na obiad zatrzymujemy się w Belorado, w którym warto obejrzeć kościółek św. Piotra. Po trzech i ł godzinach jazdy drogą N-120 („Krzychu”, na szczęście, nie był do niczego potrzebny), docieramy do Burgos.

Burgos to przede wszystkim potężna, zewsząd widoczna katedra gotycka z XIII wieku, z pewnymi wpływami architektonicznymi arabskimi. Warto też zobaczyć kościoły św.Szczepana i św. Mikołaja. Zamku na wzgórzu nie udało nam się obejrzeć: mimo tłumów turystów pan strażnik zamknął bramę na dziedziniec i tyle. Mañana.

Burgos słynie też z dokonań kulinarnych, w 2013 roku dzierżyło tytuł hiszpańskiej stolicy gastronomii. Pierwszy raz mam okazję do przetestowania swej wiedzy teoretycznej na temat specjalności gastronomicznych zwiedzanych okolic, dotychczas bowiem zawsze albo przyjeżdżaliśmy gdzieś zbyt późno, albo miejsce okazywało się podupadłe kulinarnie (kebab w Étampes czy McDonald’s przy wjeździe do Bordeaux – brrr…). Kuchnia Burgos opiera się przede wszystkim na mięsie i warzywach. Najsłynniejszym daniem jest olla-podrida, rodzaj gulaszu, w którym są żeberka, kiełbasa, boczek, morcilla (jakby kaszanka, ale pieczona), jeszcze coś dziwnego (jak wyraził się Tomek), wszystko to gotowane w fasoli. Na deser domagałem się postre del abuelo, deseru dziadka, którym wszak jestem; kelner spojrzał z uznaniem dla mojej wiedzy gastronomicznej, ale deseru dziadka nie mieli.

Reklamy

Written by Dariusz Lipiński

26/07/2016 @ 08:41

Napisane w Bez kategorii

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: