Blog Dariusza Lipińskiego

Rowerem do Santiago (4): Poitiers – Saintes (140,14 km)

leave a comment »

Rano uczestniczymy we mszy w kościele Notre-Dame la Grande (XI/XII w.) w Poitiers, wraz z – mniej więcej  – setką innych wiernych. To niewiele jak na jedyną mszę tej niedzieli w tym kościele, w mieście zwanym „miastem stu kościołów” lub „stu dzwonnic”. Potem oglądamy gotycką katedrę św. Piotra i Pawła (XII -XIV w.) i baptysterium św. Jana z IV wieku, najstarszy chrześcijański zabytek Francji; chrzest odbywał się przez trzykrotnie zanurzenie katechumena. Piękne jest Poitiers, ale długa droga przed nami i upał codziennie większy, trzeba się trochę pospieszyć.

Na miejsce posiłku wybieramy Lusignan, miasto szczycące się długą historią i opieką wróżki Meluzyny, zachęcające do odwiedzin. Zjeżdżamy więc do Lusignan i … popełniamy największy (choć nie jedyny) błąd tego dnia. Upał coraz większy, my – coraz bardziej głodni, ulice strome, a miasto jakby całkowicie wymarłe. Z jedynej knajpy, z wróżką Meluzyną w nazwie, pozostał tylko szyld, na ulicach ani jednego człowieka, nawet samochody nie jeżdżą, tylko stoją pod domami z pozatrzaskiwanymi okiennicami. Straciliśmy przynajmniej godzinę i sporo sił, upał tylko się wzmógł, na szczęście mamy na czarną godzinę zapas jedzenia i wody, ale wodą z bidonów moglibyśmy spróbować herbatę zaparzyć, w bezpośrednim kontakcie jest, powiedzmy, mało smaczna.

Wodę dostajemy w Chenay, tzn. kupujemy, jakieś 20 km dalej. Nawet piwo nam sprzedają, ale jakoś z łaski, o déjeuner możemy zapomnieć. Dopiero w Melle jest jako tako funkcjonująca knajpa. Francuska prowincja w niedzielne popołudnie jest martwa, może raz na kilkadziesiąt kilometrów trafi się czynny McDonald, smacznego. No i w trochę większych miastach kebab, próbowaĺem pierwszego dnia w Etampes i nie powtórzę tej próby.

Bardzo późnym popołudniem docieramy do Aulnay. Kilka kilometrów przed miasteczkiem zaczynają bić po oczach reklamy kilku knajp, więc zjeżdżamy. Powtarza się historia z Lusignan z tą różnicą, że dopadamy na ulicy jakiegoś zabłąkanego tubylca i pytamy o restaurację. Aujourd’hui? C’est dimanche! – facet jest bardziej zdziwiony tym, że w niedzielę mogłaby być czynna knajpa, niż my faktem, że takiej knajpy nie ma. Na szczęście jest i to przy głównej trasie, znów niepotrzebnie z niej zjeżdżaliśmy. Postanowienie poprawy: nigdy więcej nie zjeżdżać z trasy. Inna sprawa, że dzięki temu obejrzeliśmy ciekawy XII-wieczny kościółek św. Piotra.

Do Saintes dojeżdżamy wieczorem. Przez cały dzień marzyliśmy o cieniu i go nie było. Robi się prawie ciemno, kiedy kilka kilometrów przed Saintes po obu stronach drogi pojawiają się rosłe drzewa, z czasem ze swoich koron robiąc nieprzezroczyste sklepienie nad szosą. Zapadają kompletne ciemności, nasze rowerowe lampki moglibyśmy właściwie wyłączyć. Gdyby tam była jakaś dziura w jezdni, moglibyśmy skończyć w szpitalu. Na szczęście za kolejnym zakrętem pojawiają się oświetlone przedmieścia Saintes i wkrótce, około 23.00, lądujemy w knajpie, w której i tak nie ma co jeść, ale przynajmniej można się napić.

W niedzielne popołudnia na francuskiej prowincji za żadną cenę nie zjeżdżajcie z głównej trasy!

Reklamy

Written by Dariusz Lipiński

20/07/2016 @ 23:59

Napisane w Bez kategorii

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: