Blog Dariusza Lipińskiego

Paradoks parady

with one comment

Nigdy nie brałem udziału w paradzie Schumana, więc w jakichś szczegółach mogę się mylić. Ale portret przeciętnego uczestnika naszkicowany na podstawie relacji medialnych wydaje się przedstawiać kogoś, kto jest jednoznacznym wielbicielem liberalnej demokracji, bezkrytycznym euroentuzjastą, a także kimś, kto z radością macha w pochodzie flagą unijną (te biało-czerwone, bądźmy sprawiedliwi, też są, ale jednak dominuje kolor niebieski). Ten entuzjazm, jeśli jest spontaniczny, może nawet mi się podobać, sam zresztą byłem kiedyś entuzjastą. (To chyba cecha mojego pokolenia, teraz jestem bardziej realistą.) Nie rozumiem tylko, dlaczego na patrona tego przedsięwzięcia wybrano Roberta Schumana. Chyba jedynie po to, by podpierać się autorytetem „ojca-założyciela Europy”. Bo z entuzjastami Unii, takiej jaka jest dzisiaj, nic Schumana nie łączy.

Wbrew z kolei eurosceptykom to, co można nazwać wspólnotowością, ponadnarodowością, jest istotnym elementem myśli Schumana. Nie ma jednak nic wspólnego z dominującymi dziś wśród euroentuzjastów pomysłami federacyjnymi. Le supranational reposera sur des assises nationales (str. 20 wydania francuskiego) (To co ponadnarodowe, będzie opierać się na podstawach narodowych) – nie wiadomo dlaczego to akurat zdanie wypadło z polskiego przekładu książki „Dla Europy”. Jednak także kolejne uwagi nie pozostawiają wątpliwości co do poglądów Autora. Nie nastąpi w ten sposób żadne wyparcie się chwalebnej przeszłości, lecz nowy rozwój narodowych sił dzięki ich wprzęgnięciu w służbę ponadnarodowej wspólnoty. (…) Nie chodzi o połączenie państw, o stworzenie jednego superpaństwa. Nasze europejskie kraje są rzeczywistością historyczną; byłoby psychologicznie niemożliwe sprawić, aby przestały istnieć (str. 17-18). Zapamiętajcie te zdania, federaliści.

Ponadnarodowa europejskość Schumana nie polega na zakwestionowaniu narodowości, tylko na jej uogólnieniu, tak jak, historycznie, plemię było uogólnieniem rodziny, a naród plemienia. Polityka europejska, w naszym przekonaniu, absolutnie nie jest sprzeczna z ideałami patriotycznymi każdego z nas. Tysiące lat temu rozwinęły się pierwsze ludzkie wspólnoty. Opierając się na rodzinie, przybrały formę pierwotnych plemion. Później powstały pierwsze gminy, coraz bardziej rozwinięte osady i miasta – i nikt przecież nie zamierza posądzać tej ewolucji o przeciwstawianie się roli rodziny. To samo dotyczy wszystkich organizacji ponadpaństwowych, które wykraczają poza naród, nie aby go osłabić i wchłonąć, ale by dać mu szersze i bardziej wzniosłe pole działania. Naród ma do spełnienia misję nie tylko wobec samego siebie, ale także i w tej samej mierze, wobec innych narodów. Nie może zatem zamknąć się w pierwszej z tych ról (str. 20).

Jak jednak ta ponadnarodowa Europa Schumana miałaby funkcjonować bez popadania w sprzeczności z tworzącymi ją narodami i w konflikty między nimi? Zabezpieczeniem przed tym miałaby być demokracja. Wspólnota europejska (…) opierać się będzie na demokratycznej równości podniesionej do stosunków między narodami. Prawo weta jest niezgodne z ustrojem, który zakłada zasadę decyzji większościowych i wyklucza dyktatorskie wykorzystywanie przewagi materialnej. Taki jest sens ponadpaństwowości, w której wciąż zbyt skłonni jesteśmy widzieć tylko utracone swobody, nie dostrzegając jej znaczenia i uzyskanych gwarancji. Nie może ona zresztą odnosić się do dziedziny kultury, respektującej wszystkie odrębności. (str. 29)

Lecz demokracja według Schumana nie jest jakimś ustrojem (z całą pewnością nie jest tym, co nazywa się demokracją liberalną), nie jest jakimś sposobem sprawowania władzy czy mechanizmem podejmowania decyzji. Tym, co charakteryzuje państwo demokratyczne, są cele, które sobie stawia, i środki, za pomocą których stara się je osiągnąć. Służy narodowi i działa w zgodzie z nim (str. 33). Demokracja zawdzięcza swe istnienie chrześcijaństwu. Narodziła się wówczas, gdy człowiek został wezwany do zrealizowania w swoim życiu doczesnym zasady godności osoby ludzkiej, w ramach wolności osobistej, poszanowania praw każdego i przez praktykowanie wobec wszystkich bratniej miłości. Nigdy w czasach przed Jezusem Chrystusem podobne idee nie zostały sformułowane. Demokracja jest zatem związana z chrześcijaństwem doktrynalnie i chronologicznie. Ukształtowała się wraz z nim, etapami, w długim poszukiwaniu po omacku, niekiedy za cenę pomyłek i powrotów do barbarzyństwa. Jacques Maritain (…) wykazał ten paralelizm w rozwoju idei chrześcijańskiej i demokracji. Chrześcijaństwo uczyło równości z natury wszystkich ludzi, dzieci tego samego Boga, odkupionych przez tego samego Chrystusa, bez różnicy rasy, koloru skóry, klasy i zawodu. Doprowadziło to do powszechnego obowiązku uznania godności pracy. Przyznało pierwszeństwo wartościom wewnętrznym, jedynym wartościom uszlachetniającym człowieka. Właśnie na tym prawie opierają się odtąd stosunki społeczne w świecie chrześcijańskim. Całość tego nauczania i następstwa praktyczne, które z niego wynikają, wstrząsnęły światem (str. 34-35). Schuman, oczywiście, wie, że: W rzeczywistości postęp cywilizacji chrześcijańskiej ani nie był automatyczny, ani nie zmierzał w jednym kierunku: reminiscencje z przeszłości i złe instynkty skażonej ludzkiej natury zaciążyły na tej ewolucji i nadal stanowią przeszkodę. Podkreśla (str. 36), że chrześcijaństwo nie jest i nie może być podporządkowane jakiemuś ustrojowi politycznemu, utożsamiane z jakąkolwiek formą rządzenia oraz fakt, że trzeba oddzielić to, co należy do cezara, od tego, co należy do Boga (bowiem te dwie władze mają własne zakresy odpowiedzialności).

Dzisiejsza, mocno zdechrystianizowana, lewicowo-liberalna i politycznie poprawna Unia Europejska w niczym nie przypomina ideałów swojego ojca-założyciela integracji. I nie chodzi wyłącznie o kwestie przeregulowania i przebiurokratyzowania, tego – być może – z uwagi na złożoność problemów politycznych i instytucjonalnych nie dałoby się do końca uniknąć. Dzisiejsza Unia byłaby dla Schumana nie do przyjęcia z powodów bardziej zasadniczych, przed którymi zresztą, jak się zdaje, przestrzegał. Demokracja będzie chrześcijańska albo nie będzie jej wcale. Demokracja antychrześcijańska byłaby karykaturą (…) Stanowisko demokraty może być określone w ten sposób: nie może on zaakceptować tego, że państwo systematycznie ignoruje rzeczywistość religijną, że przeciwstawia jej stronniczość graniczącą z wrogością lub pogardą. Państwo nie może nie uznawać, bez krzywdy i szkody wyrządzonej sobie, niezwykłej skuteczności natchnienia religijnego w praktykowaniu cnót obywatelskich, w tak koniecznej obronie przeciw siłom rozkładu społecznego, które wszędzie działają. (str. 39-40). Trawestując późniejszego od siebie klasyka, Robert Schuman mówi dzisiejszej Europie: Wartości, durnie! Wygląda na to, że 55 lat temu przenikliwie rozpoznał podstawowe źródła zagrożenia dzisiejszej Unii, mogące ją zabić. Gdyby żył, nie wydaje się, by radośnie maszerował w paradzie swego imienia.

(Wszystkie cytaty w języku polskim za: Robert Schuman, Dla Europy, przekład Magdalena Krzeptowska, Wydawnictwo Znak, Kraków 2009. Cytat w języku francuskim (nieprzetłumaczony w wydaniu polskim) za: Robert Schuman, Pour l’Europe, cinquième édition, Fondation Robert Schuman et Les Éditions Nagel SA, 2010.)

Reklamy

Written by Dariusz Lipiński

12/05/2018 at 22:37

Napisane w Bez kategorii

Rowerem do Santiago (6): Bordeaux – Moustey (63,49 km)

leave a comment »

Na południe od Bordeaux coraz częściej pojawiają się potwierdzenia, że znajdujemy się na Szlaku Świętego Jakuba,  lecz sformułowane dość szczególnie. Napisy na przydrożnych tablicach  informują, że znajdujemy się na Route de Compostelle lub Chemin de Compostelle, czasem z dodatkiem Voie de Tours (oznaczającym to, co po łacinie nazywa się Via Turonensis), nigdzie natomiast nie pojawia się Saint Jacques czy jakikolwiek inny akcent religijny. Tak jakby Szlak Jakubowy był sobie nie związaną z wiarą pielgrzymów trasą wędrówkową, Itinéraire Culturel Européen, jak oznajmiają kolejne napisy (według terminologii używanej przez Radę Europy). Nie ma wątpliwości, że to, co Francuzi nazywają „laickością” sprowadza się do zaprogramowanego wypierania wszelkich przejawów religijności ze sfery publicznej. Za cenę fałszowania historii. Bo czymże innym, jak nie fałszowaniem historii jest Droga do Grobu Świętego Jakuba bez Świętego Jakuba, bez jej kontekstu religijnego?

Jednakże coraz częściej pojawiają się także prawdziwe świadectwa. W wiosce Le Muret natrafiamy na wzmiankowaną już od XII wieku kaplicę z trójkątną dzwonnicą; napis przypomina, że Le Muret znajdowało się na szlaku  pielgrzymów zmierzających do Santiago de Compostela. Zaś leżąca kilkanaście kilometrów dalej wieś Moustey, będąca celem naszego dzisiejszego, krótkiego etapu, warta jest uwagi przynajmniej z dwóch powodów. Po pierwsze, stoją tam obok siebie,  w odległości zaledwie kilku metrów, dwa kościoły: bliżej szosy pw. Matki Boskiej  (XIII w.), w głębi pw. św. Marcina  (XII w.). Historycy snują różne hipotezy: że przy tym pierwszym istniała kolonia trędowatych, od których separowano mieszkańców, albo że wioskę rozdzielała granica dwu baronii,  albo jeszcze parę innych. Po wtóre, przed pierwszym z tych kościołów stoi figura pielgrzyma, a obok niej stary kamień przydrożny z wyrytą na nim muszlą św. Jakuba i informacją, że z tego miejsca do Composteli zostaje do przebycia równo 1000 kilometrów. To w każdym razie ciekawostka, a wioska urocza, choć mało znana. I miejscowe specjalności gastronomiczne (z niezłym winem) można skosztować w jednej z dwu oberż (knajpa z kebabem też jest, niestety).

Written by Dariusz Lipiński

02/08/2016 at 08:36

Napisane w Bez kategorii

Rowerem do Santiago (15): Ponferrada – Villafranca del Bierzo – La Portela de Valcarce – Pedrafita do Cebreiro – O Cebreiro – Triacastela (78,93 m)

leave a comment »

W Ponferradzie oglądamy słynny zamek templariuszy, a później stojącą nieopodal bazylikę de la Encina. Trwa msza, a frekwencja lepsza niż w dni powszednie u dominikanów w Poznaniu. A więc to, na szczęście, nie Francja. Potem ruszamy w drogę, bo przed nami znów trudny dzień.

W Villafranca del Bierzo odwiedzamy romański kościół z XI w. ze słynną Bramą Przebaczenia. Pielgrzym, któremu choroba uniemożliwiła kontynuowanie peregrynacji mógł, przechodząc przez nią,  zastępczo „zaliczyć” swą pielgrzymkę. Bramę tę opisał Coelho w „Pielgrzymie”, inna sprawa, że myląc rozmaite szczegóły.

Później kończy się zwiedzanie zabytków. Upał i strome podjazdy wymuszają na nas koncentrację na samej jeździe. Autostrada na estakadzie jest tak wysoko, że ze zrobionych przez nas zdjęć trudno odczytać, co to jest; a przecież musimy na tę wysokość wjechać. Staramy się przeczekać największy upał przy zajeździe w La Portela de Valcarce,  moja ciężka, gruba bluza ponownie zdaje egzamin jako materac do półgodzinnej sjesty na trawie w skrawku cienia. Z trudem dojeżdżamy do Pedrafita do Cebreiro,  gdzie po chwilowych (dla nas długich) poszukiwaniach znajdujemy lokal, w którym można napić się czegoś zimnego. Jeszcze czeka nas kilkukilometrowy podjazd do O Cebreiro, a potem już pędzimy w ł do Triacasteli, gdzie mamy nocleg. Przyjeżdżamy kilka minut po 21.00, miła dziewczyna w recepcji czekała na nas, choć właściwie skończyła pracę. Na tzw. domiar złego, na zakończenie dnia w miejscowej knajpie usiłowano zatruć nas nieświeżym żarciem z jakichś bardzo wiekowych zwierząt.

Written by Dariusz Lipiński

30/07/2016 at 09:29

Napisane w Bez kategorii

Rowerem do Santiago (14): León – Hospital de Órbigo – Astorga – Santa Colomba de Somoza – Rabanal del Camino – Foncebadón – Cruz de Ferro – Ponferrada (111,19 km)

leave a comment »

Spośród leżących na Szlaku miast te większe frustrują mnie, by tak rzec, turystycznie: nie mamy możliwości nie tylko dokładnego ich zwiedzenia, ale nawet zawarcia pobieżnej znajomości. Nie da się, nie ma czasu. Średnio spędzamy na rowerze 5-7 godzin dziennie netto czyli czystej jazdy, do tego dochodzą przerwy na posiłki,  wprowadzenie i wyprowadzenie się z hotelu, każde niezaplanowane (jak wczorajsza „guma” Tomka) zdarzenie też pożera mnóstwo czasu, do tego – przynajmniej w moim przypadku – dochodzi kumulujące się zmęczenie fizyczne (było nie było, za kilka dni skończę 61 lat), które przejawia się choćby tym, że potrzebuję z godzinę snu więcej niż na początku naszej wyprawy. Wszystkie te czynniki sprawiają, że przez Pampelunę właściwie tylko przelecieliśmy, w León widzieliśmy tylko bazylikę San Isidorio, w Ponferradzie obejrzymy tylko słynny zamek templariuszy i właściwie jedynie w Burgos mieliśmy trochę więcej czasu na pospacerowanie po mieście. Mam więc uczucie sporego turystycznego niedosytu. Na szczęście, dla równowagi, czuję się „zaprzyjaźniony” z małymi miasteczkami leżącym wzdłuż Camino; niby mają ze sobą wiele wspólnego, ale każde z nich – Puente la Reina, Santo Domingo de la Calzada czy Carrión de los Condes – jest inne, niepowtarzalne i pełne własnego uroku.

Lecz nie ma co narzekać na niedosyt turystyczny, naszym najważniejszym celem nie jest przecież zwiedzanie, lecz dotarcie do Santiago de Compostela. Wyjeżdżamy więc z León, a wyjazd ten jest trudniejszy niż dwa dni wcześniej z trochę większego Burgos: oznakowanie wyjazdu jest gorsze, a i kierowcy samochodów wydają się bardziej niebezpieczni dla otoczenia. Pierwszy postój robimy w Hospital de Órbigo, w knajpie przy słynnym moście, na którym w roku 1434 rycerz Suero de Quiñones przez trzydzieści dni toczył pojedynki o zaszczyt bycia najważniejszym obrońcą Szlaku Świętego Jakuba. W odróżnieniu od  niektórych innych faktów dotyczących Camino, Paulo Coelho w „Pielgrzymie” opisał tę historię dość dokładnie: (…) szlachetni rycerze postanowili otoczyć pielgrzymów opieką i każdy zobowiązał się strzec odcinka Szlaku. (…) Wkrótce zaczęli toczyć spory, kto jest najważniejszym stróżem i walczyć ze sobą, a bandyci znów bezkarnie grasowali po drogach. Działo się tak bardzo długo,  aż do chwili,  gdy w roku 1434 szlachcic z miasta León rozkochał się w pięknej damie. Nazywał się Suero de Quiñones, był  bogaty i potężny.  (…) Lecz dama odrzuciła jego względy. Poprzysiągł  sobie, że dokona czynu tak wielkiego, by pannica na zawsze zapamiętała jego imię. Skrzyknął 10 przyjaciół,  osiadł  w Hospital de Órbigo i rozpuścił wieść, iż gotów jest pozostać tu 30 dni i skruszyć 300 kopii, aby dowieść, że jemu należy się sława największego siłacza i śmiałka pośród rycerzy Szlaku. Pojedynki staczano zawsze na moście,  aby nikt nie mógł umknąć. Po wygranych pojedynkach – o czym Coelho już nie pisze –  don Suero udał się z pielgrzymką do Santiago, gdzie złożył pierścionek i błękitną wstążkę,  które symbolizowały jego miłość do damy, wraz z pismem, które to potwierdzało.

Aby  dotrzeć do Astorgi trzeba podjechać w górę. My skracamy sobie drogę wspinając się na kładkę kolejową, a później wnosząc nasze ciężkie rowery po schodach prowadzących do centrum miasta. Ja chcę przede wszystkim zobaczyć pałac biskupi. Od pewnego czasu coraz bardziej interesuje mnie postać genialnego katalońskiego architekta-modernisty Antoniego Gaudíego, ale jego twórczość znam tylko z obrazków. Nie byłem w Katalonii, a niemal wszystkie jego dzieła znajdują się właśnie tam. Pałac biskupi w Astordze jest jednym z trzech wyjątków. Obok niego znajduje się katedra Najświętszej Marii Panny, zbudowana w XI wieku, później wielokrotnie przerabiana. Kilkaset metrów dalej można obejrzeć interesujący i ładny ratusz ukończony na początku XVIII wieku. Piękna jest Astorga, ale musimy jechać dalej.

Odcinek Camino między Astorgą a Ponferradą zapamiętam jako jeden z najtrudniejszych (strome górskie podjazdy i narastający upał), choć jednocześnie najciekawszych. Robimy przerwę w Santa Colomba de Somoza. Wioska wygląda tak, jak byśmy byli tam tylko w trójkę: Tomek, ja i oberżysta wyglądający jak Gene Hackmann. Po raz pierwszy robię użytek z ciężkiej, grubej bluzy, którą nie wiadomo (dotychczas) dlaczego tachałem przez pół Europy. Teraz przydaje się jako materac: rozpościeram ją nieopodal jakichś drzwi od stodoły i funduję sobie 20 minut drzemki. Gene Hackmann jest towarzyski, namawia nas na posiłek, przekonuje, że jego danie, które nazywa po prostu carne y patatas, mięso i ziemniaki (a które jest czymś w rodzaju gulaszu zrobionego z tych dwóch składników) – pomoże nam przemierzać Camino. Istotnie, jest smaczne i pożywne. Stopniowo wioska ożywia się, pojawiają się jacyś koledzy Gene’a Hackmanna, a my, trochę wypoczęci, ruszamy dalej.

W Rabanal del Camino oglądamy ładny, stary kościółek, (otwarty!), a kilka kilometrów dalej pierwszy z kilku spotkanych tego dnia przydrożnych krzyży. Miguel Angel Rocino Rios z Buenos Aires miał 67 lat,  zmarł 13 listopada 2000. Bardzo mnie to porusza, wieczny odpoczynek… Kolejny krzyż ma napis w nieznanym mi języku, wyglądającym na fiński lub estoński (???), przy kolejnym już się nie zatrzymujemy. Tak, Camino to nie wycieczka z biurem turystycznym i wykupionym ubezpieczeniem od nieszczęśliwych wypadków.

Foncebadón to miejsce, w którym narrator „Pielgrzyma” Coelho ostatecznie pokonał i wpuścił w ziemię demona o imieniu Legion. Nie wygląda na wymarłe, jest jakieś albergue, jacyś pielgrzymi, ale nas goni czas, groźba zbliżającego się wieczoru. Kilka kilometrów dalej zwyczajem pielgrzymów dorzucam kamyk do kopczyka usypywanego u stóp Cruz de Ferro, ustawionego tu ku czci Merkurego krzyża jeszcze z czasów rzymskich. A potem dziki zjazd do Ponferrady, zachodzące słońce bije prosto w oczy, przez 30 kilometrów uciekamy w dół przed nadciągającym zmrokiem, mijamy zatykające dech w piersiach widoki, których nie da się już sfotografować (bo za ciemno), złorzeczę historycznym brukom i rynsztokom wioski El Acebo, które spowalniają naszą ucieczkę z gór. Wreszcie po ciemku docieramy do Ponferrady.

Written by Dariusz Lipiński

30/07/2016 at 07:28

Napisane w Bez kategorii

Rowerem do Santiago (13): Carrión de los Condes – Sahagún – Matallana de Valmadrigal – Mansilla de las Mulas – León (115,87 km)

leave a comment »

Rano dziewczyna z recepcji (Polka) mówi mi, że nawet Hiszpanie nazywają okolice Carrión de los Condes „pustynią”, co wydaje mi się przesadą, bo wokół są jednak pola zboża i ścierniska, a nie – na przykład –  step. Ale upalnie jest już kiedy wczesnym przedpołudniem opuszczamy to pełne uroku miasteczko. I znowu jedziemy przez monotonny, płaski krajobraz, ale wreszcie sprzyja nam nasz dotychczasowy przeciwnik: wiatr. Chyba po raz pierwszy od naszego wyjazdu z Paryża popycha nas i to dość energicznie. Szybko mija nam te czterdzieści kilometrów, jakie dzielą nas od Sahagún.

To kolejne ważne miasteczko na Szlaku Jakubowym, ale w środku dnia wygląda jak wymarłe, nawet albergue dla pielgrzymów, gdzie chcieliśmy zdobyć pieczątki do naszych paszportów pielgrzyma (trzeba trochę intensywniej zbierać te pieczątki) wita nas zamkniętymi drzwiami. Zjadamy obiad, oglądamy kilka kościołów, niestety tylko z zewnątrz, bo kościoły też są pozamykane (Przenajświętszej Trójcy – XI-XVI w., św. Jana z Sahagún – XVII w.). Przejeżdżamy pod siedemnastowiecznym łukiem św. Benedykta, potem po zbudowanym jeszcze w czasach rzymskich, przebudowywanym w 1085 r. oraz wiekach XVI i XIX moście na rzece Cea i znów jedziemy w upale, a wiatr pomaga nam już mniej, bo zmieniliśmy trochę kierunek jazdy.

A po drodze coraz częściej spotykamy pielgrzymów pieszych, idą pojedynczo lub dwójkami/trójkami.  Pogrążona w myślach dziewczyna śpiewa o Miłości, dla tej Miłości. Oni mają o wiele trudniej od nas. Jest straszny upał. W León będą 3 dni po nas, a w Santiago pewnie 10-14 dni. Żywię do nich ogromny szacunek.

W Matallana del Valmadrigal robimy dodatkową przerwę, trzeba dużo pić i posiedzieć trochę w cieniu. W Mansilla de las Mulas kolejna krótka przerwa, w albergue podbijamy nasze paszporty pielgrzyma. Wydaje się, że w León będziemy o rozsądnej porze, ale przy zjeździe do miasta Tomek łapie gumę, a ja nie wiedząc o tym (jadę pierwszy) szczęśliwie pędzę przez cztery kilometry ostro w ł. Z zapasowymi dętkami w sakwie. W efekcie dojeżdżamy na miejsce późnym wieczorem.

Written by Dariusz Lipiński

28/07/2016 at 09:28

Napisane w Bez kategorii

Rowerem do Santiago (12): Burgos – Olmillos de Sasamón – Osorno – Carrión de los Condes (85,72 km)

leave a comment »

Z Burgos wyjeżdżamy płynnie, bo miasto jest dobrze oznakowane, także dla rowerzystów, żegna nas wielki pomnik zmęczonego pielgrzyma. Jesteśmy na leżącym na wysokości 800-900 metrów płaskowyżu, etap zapowiada się płaski, niestety wraca upał. Wydaje się, że okolice Carrión de los Condes, dokąd zmierzamy, to najbardziej upalny odcinek Camino. Wokół nie ma prawie zieleni, tylko nie kończące się pola zbieranego właśnie zboża i szosa N-120 prosta jak spod linijki, aż po horyzont. Rozumiem teraz, co znaczy bezkres…

Przed upałem chronią nas maczane w zimnej wodzie czapeczki, które kładzie się pod kask. Człowiek, który dokonał tego prostego wynalazku, wart jest każdych pieniędzy. Oczywiście taka mokra i zimna czapeczka jest mokra i zimna tylko do czasu, później znów trzeba skądś wziąć lodowatą wodę, ale generalnie to działa. (W sytuacji krytycznej, gdy nie ma lodowatej wody, bo miejscowości są tu rzadko rozrzucone, można polewać się wodą z bidonów, ale tej raczej niewiele brakuje do tego, aby nadawała się do parzenia herbaty. :-))

Pierwszy postój robimy w miejscowości Olmillos de Sasamón, jakieś 30 km od Burgos. Jest tam niewielki, ale świetnie zachowany, zameczek obronny z II połowy XV w., dziś mieszczący – a jakże – hotel i restaurację; warto też zwrócić uwagę na XVI-wieczny kościół Wniebowzięcia NMP (iglesia de la Asunción de Nuestra  Señora). Drugi postój, wyłącznie regeneracyjny, robimy w Osorno. W międzyczasie znów upał, bezkres wysuszonych pół i prosta po horyzont linia drogi. Tak docieramy do  Carrión de los Condes.

To ważny punkt na Szlaku, przecięty nim ze wschodu na zachód, sporo tam miejsc godnych zainteresowania. Klasztor św. Zoila (XI-XVI w.), ze wspaniałym dziedzińcem wewnętrznym, jest dziś … hotelem. Oglądamy też kościoły: Santa María del Camino (XII w.) i Św. Jakuba (XIII w.) –  oba romańskie. A po kolacji, już po ciemku, trafiamy na festyn, na którym – mimo późnej pory – miejscowi świetnie się bawią: muzyka, śpiew, piknik w parku. Dzień Świętego Jakuba.

Written by Dariusz Lipiński

27/07/2016 at 08:14

Napisane w Bez kategorii

Rowerem do Santiago (11): Santo Domingo de la Calzada – Belorado – Burgos (68,86 km)

leave a comment »


Paradores nacionales, takie jak ten w Santo Domingo de la Calzada, to rozpowszechniony w Hiszpanii typ luksusowych hoteli, mieszczących się w zabytkowym budynku, zamku czy klasztorze. Takie zjawisko zsekularyzowania obiektów, niegdyś o przeznaczeniu religijnym, nie cieszy mnie, ale i nie oburza. Uważam, że lepiej, by te historyczne budynkipracowały na siebie” niż – z braku gospodarza –  miałyby popadać w ruinę. O wiele bardziej zszokował mnie problem samego użytkowania katedry w Santo Domingo de la Calzada (XII w.). Jest niedziela – godzina dziewiąta rano – i okazuje się, że do katedry można wejść dopiero po kupieniu biletu za 4€ (pielgrzymi – 3€). – Jak to – dziwię się – nie ma mszy w niedzielę? Okazuje się, że jest, o trzynastej, więc pomiędzy dwunastą a czternastą zamykają kasę biletową, muzeum na dwie godziny staje się znów kościołem, ale w innym czasie nie ma możliwości by wejść i – na przykład – pomodlić się. Ejże, czy ja aby nie zlokalizowałem ważnego źródła kryzysu religijności w Hiszpanii? Skoro tutejsze władze kościelne pozwalają na tak jawne czynienie z domu modlitwy jaskinii zbójców (Łk 19, 46)? Na szczęście problem mszy udaje się rozwiązać w innym miejscu (nie możemy czekać do trzynastej), ale za zbadanie czy w katedrze mieszka żywy kogut przychodzi zapłacić 3 euro.

Z tym kogutem było tak. Pewien młodzieniec został niewinnie oskarżony o kradzież i skazany na śmierć. Sędzia, do którego odwołał się od tego wyroku, jadł akurat obiad. – Prędzej ten kogut, którego mam na talerzu, odfrunie, niż ty okażesz się niewinny – powiedział i w tej samej chwili kogut na talerzu ożył i odfrunął. Historia ta ma wiele wersji,  według jednej z nich młodzieniec miał być Niemcem o imieniu Hugonello (czego hiszpańska wikipedia nie potwierdza), według innych chłopca uratowała cudowna interwencja św. Dominika Garcíi. W każdym razie na pamiątkę zdarzenia w katedrze od tego czasu mieszka kogut, nawet z kurą. Jeśli na widok wchodzącego pielgrzyma zapieje, pielgrzym szczęśliwie dotrze do Santiago. Ja miałem pewien problem z interpretacją zachowania koguta, bowiem w czasie, gdy go oglądałem (za trzy euro), kogut milczał jak zaklęty. Na szczęście przypomniałem sobie, że rano, kiedy przyszedłem na mszę i stanąłem pod zamkniętymi drzwiami katedry, kogut darł się tak, że było go słychać na ulicy. I to jego zachowanie przyjmuję za miarodajne. 🙂

Nazwa miasteczka wywodzi się od wspomnianego już, żyjącego w XI wieku, św. Dominika Garcíi, patrona pielgrzymów do Composteli, dobrodzieja Szlaku Świętego Jakuba, który wybudował m.in. most na rzece Oja, kościół, szpital i dom noclegowy. Został pochowany w Santo Domingo de la Calzada. Miasteczko piękne, centrum jakby przeniesione ze średniowiecza, ale trzeba jechać dalej.

Ruszamy około południa, etap jest łatwiejszy od poprzednich, bo mniej górzysty (choć sześcioprocentowy, ciągnący się przez trzy kilometry podjazd tuż za Villafranca Montes de Oca daje nam w kość), tyle tylko że wraca upał łagodzony silnymi (i niebezpiecznymi) podmuchami chłodnego wiatru. Na obiad zatrzymujemy się w Belorado, w którym warto obejrzeć kościółek św. Piotra. Po trzech i ł godzinach jazdy drogą N-120 („Krzychu”, na szczęście, nie był do niczego potrzebny), docieramy do Burgos.

Burgos to przede wszystkim potężna, zewsząd widoczna katedra gotycka z XIII wieku, z pewnymi wpływami architektonicznymi arabskimi. Warto też zobaczyć kościoły św.Szczepana i św. Mikołaja. Zamku na wzgórzu nie udało nam się obejrzeć: mimo tłumów turystów pan strażnik zamknął bramę na dziedziniec i tyle. Mañana.

Burgos słynie też z dokonań kulinarnych, w 2013 roku dzierżyło tytuł hiszpańskiej stolicy gastronomii. Pierwszy raz mam okazję do przetestowania swej wiedzy teoretycznej na temat specjalności gastronomicznych zwiedzanych okolic, dotychczas bowiem zawsze albo przyjeżdżaliśmy gdzieś zbyt późno, albo miejsce okazywało się podupadłe kulinarnie (kebab w Étampes czy McDonald’s przy wjeździe do Bordeaux – brrr…). Kuchnia Burgos opiera się przede wszystkim na mięsie i warzywach. Najsłynniejszym daniem jest olla-podrida, rodzaj gulaszu, w którym są żeberka, kiełbasa, boczek, morcilla (jakby kaszanka, ale pieczona), jeszcze coś dziwnego (jak wyraził się Tomek), wszystko to gotowane w fasoli. Na deser domagałem się postre del abuelo, deseru dziadka, którym wszak jestem; kelner spojrzał z uznaniem dla mojej wiedzy gastronomicznej, ale deseru dziadka nie mieli.

Written by Dariusz Lipiński

26/07/2016 at 08:41

Napisane w Bez kategorii